wielkie usta

wielkie usta
"W głowie można mieć wszystko i oczywiście też każdy ma wszystko w głowie, ale na papierze prawie nikt nic nie ma" /Bernhard/

wtorek, 7 stycznia 2014

Narzekał, ale przyjmował (Thomas Bernhard, "Moje nagrody")



Narzekał, ale przyjmował - rozmowa o książce Thomasa Bernharda "Moje nagrody" w audycji Tanie Czytanie.

„Parę tygodni temu, odwiedziwszy w okolicznej wiosce jedną z setek filii największego koncernu obuwniczego w Austrii, spostrzegłem powieszone na ścianie wskazówki co do zachowania praktykanta kupieckiego, identyczne jak te, które sam przytroczyłem do ściany w mojej Suterenie. Dyrekcja koncernu wskazówki te ściągnęła z mojej książki i w kilkuset egzemplarzach kazała je wydrukować dla wszystkich praktykantów. Stałem w sklepie, do którego poszedłem, żeby kupić sobie parę sportowych butów, czytałem moje własne wskazówki i po raz pierwszy w mojej literackiej karierze przyszło mi na myśl, że jestem pisarzem, który się na coś przydaje.”
Thomas Bernhard, Moje nagrody"  

piątek, 18 października 2013

Stoker






"Have you ever seen a photograph of yourself, taken when you didn't know you're being photographed? From an angle you don't get to see when you look in the mirror?"



niedziela, 29 września 2013

„Po co jest sztuka?"

Grzegorz Jankowicz, Po co jest sztuka?", MOCAK; na zdjęciu: Magdalena Tulli


Po co jest sztuka?" to zbiór rozmów raczej domowych, wymagających wyjścia z galerii – z przestrzeni dla sztuki ściśle wypreparowanej. Wychodząc, sztukę przenosi się w miejsca prywatne, w których  poczucie granic między danymi dziedzinami się zaciera. W pewnym sensie książka ta stanowi antidotum na dyskurs naukowy, który często usuwa sztukę w niszę lub traktuje ją zupełnie przedmiotowo.

Pytanie „Po co jest sztuka?”, w ostatniej z rozmów, Magdalena Tulli przekształca w pytanie bardziej osobiste: „Dlaczego?”. Jej zdaniem sztuka zaspokaja potrzebę sensu.

piątek, 13 września 2013

Rachel Cusk, Po. O małżeństwie i rozstaniu



Foto: Dominika Kapusta
"Rodzina stała się obrazem, którego celem było zakrycie rzeczywistości – stajenka z całą swoją fałszywą skromnością, anioły i bydlęta, żłóbek, przed którym przyklękali królowie, „rodzice” stojący przy dziecku w pozach uwielbienia  obrazem ubóstwienia dziecka, świętego, nieznającego ambiwalencji macierzyństwa, męskości bez ikry i ojcowskiej niemocy."


poniedziałek, 9 września 2013

Nogi w powietrzu



„Wstręt do tulipanów” przeczytałam na placu zabaw. Niedziela, czwarta popołudniu, komary gryzą, a za duży chłopiec próbuje się wdrapać na ściankę wspinaczkową. Ścianka jest jego wzrostu, ale chłopak się nie poddaje – podkurcza nogi i na moment udaje mu się oderwać stopy od ziemi. Czytam „Wstręt do tulipanów”, dzieci grają w berka, mamy się moszczą na ławkach, podciągając za wąskie spódnice. Niedzielni ojcowie wykazują dużą aktywność – w piłki i paletki. Świeci pomarańczowe słońce, a dzieci w krzakach za piaskownicą strzelają do siebie z nieistniejących pistoletów.

środa, 4 września 2013

Rząd 6, miejsce 3



Wakacje minęły. Czas, gdy książki wypadały z kajaków, przyklejały się do kanapek z Paprykarzem Szczecińskim i wylatywały przez okna sponiewieranych przez życie automobili, już za nami. Znów można zasiąść spokojnie, z kubkiem gorącej kawy w ulubionym fotelu, tylko – kto może sobie na to pozwolić?


A więc – w tramwaju (jak powiedział ostatnio mój znajomy – „komunikacja miejska przyczynia się do wzrostu czytelnictwa u mnie”) czytam Oksanę Zabużko. Zasłaniam trochę okładkę. Pani z trzema siatkami, około sześćdziesięciopięcioletnia, przygarbiona, nie wiadomo – ze złości czy z powodu wieku, coś do mnie mówi, choć patrzy w innym kierunku. Ton głosu pretensjonalny. Nie rozumiem ani słowa, ale mogłabym się założyć, że mówi: „Też czytałam Zabużko”. W razie czego sprawdzam, czy nie zasłaniam rozkładu jazdy, bo kobieta zaczyna mi rzucać piorunujące spojrzenia. Mówi przed siebie, spojrzenia rzuca, gdy nie mówi. Udaję więc, że właśnie przyjechał mój tramwaj. I rzeczywiście, okazuje się mój. A tam – pechowo. Czterdziestoletni mężczyzna, trzymając prawą rękę przy prawym uchu pyta z wyrzutem: „Ale co się śmiejesz?”. Zapach lekko przetrawionego alkoholu. I pyta chyba Kosmos: „Ty przyjedziesz, czy ja mam przyjechać?”. Ale Kosmos nie bywa łaskawy i przydarza nam się kontrola biletów. Kanar stoi nad nim niemo. Trochę zadowolony, a trochę, jakby zamierzał powiedzieć: „Co pan zrobił ze swoim życiem?”. Zamiast tego, zdobywa się na: „Dowód osobisty proszę”.

A ja czytam Oksanę Zabużko, biletami do kina zaznaczam strony. „Rząd 6, miejsce 3”, sala „Kinder Bueno”. A Zabużko pisze: „po kiego diabła było przychodzić na świat jako kobieta (w dodatku na Ukrainie!) – z tą kurewską zależnością, wmontowaną w ciało jak bomba z opóźnionym zapłonem”.

I pyta o to chyba Kosmos.



Konsternacja i wściekłość mile widziane (L. Carax, "Holy Motors")


Na kolanach modelki ucharakteryzowanej na Matkę Boską spoczywa nagie ciało mężczyzny. Porządek symboliczny natychmiast nadaje sens przedstawieniu – to pieta; kadr jest malarski, a ujęcie trwa na tyle długo, byśmy zdołali je rozszyfrować. Widz cieszy się z odnalezienia właściwego kontekstu, ale Leos Carax nie pozwala mu czuć się dobrze. Na kolanach „Matki Boskiej” spoczywa karzeł, który ma wzwód.

Konsternacja i wściekłość – to reakcje pewnej grupy widzów na film „Holy Motors”. I na tej grupie chciałabym się skupić, bo pasuje ona do mojej teorii. Pasują do niej również komentarze takie jak ten: „Przyznam, że chwilami nie wiedziałem, czy bić brawo czy wyjść z sali (…)” oraz: „Nie znam twórczości tego gościa w ogóle i chyba nie będę miała odwagi sięgnąć po kolejne jego dzieła. Co do szympansów… to co, myślisz, że facet z nimi mieszkał naprawdę?” (www.filmweb.pl).


W tym samym czasie krytycy twierdzą: neobarok, surrealizm, kolaż („EKRANy” 2012, nr 6) albo mówią po prostu wszystko, co wiedzą, rozkładają na części pierwsze wybrane sceny i, tłumacząc szczegółowo pochodzenie cytatów, nawiązania i korespondencję sztuk, wychodzą z opresji bardzo zgrabnie – uruchamiają intelektualne bączki. Bronią się dzielnie na swoich pozycjach i nikt im nie zarzuci tego, co reżyserka „Big Love” pewnemu krytykowi filmowemu, a mianowicie, że nie odczytali wszystkiego, co autor miał na myśli.

Dziewięć epizodów plus prolog i epilog, z których składa się film, pozostawiają widzowi absolutną swobodę. Dlatego każde streszczenie musi już być silną interpretacją tego, co proponuje Leos Carax. Łatwiej, a – według mnie – również z większym pożytkiem, będzie opowiedzieć o tym, co ten film robi z widzem, niż o tym, co się w nim dzieje, bo owo dzianie się osadzone jest w niestabilnym świecie, w którym nie sposób ustalić „zasady rzeczywistości”.

Pan Oskar (Denis Lavant), podróżując po Paryżu prowadzoną przez elegancką panią szofer (Édith Scob) limuzyną, wciela się w najdziwniejsze postaci (w jednej z recenzji znalazłam zdanie: „Film ukazuje nam dzień z życia człowieka wcielającego się w rolę zwykłych ludzi”; można więc i tak). We wnętrzu samochodu (czy aby na pewno samochodu?) znajduje się obszerna garderoba, w której chwilami nieco znużony kolejnymi „zleceniami” bohater przeobraża nie tylko swój strój, ale i ciało, przyjmując rolę starej żebraczki, potworkowatego karła z bielmem na oku czy ojca rodziny. Za każdym razem, kiedy widz jest już o krok od rozwiązania zagadki (kim jest główny bohater? co to za zlecenia? kto i czy mu płaci?), wytrąca się go z pewności co do słuszności obranej interpretacji (patrz: konsternacja). Tak jest aż do ostatniej sceny, aż do ostatniej sekundy.



Spróbujmy spojrzeć na film Caraksa z punktu widzenia psychoanalizy. Proponowane przez Jacques’a Lacana rozwarstwienie świata na trzy poziomy: symbolicznego, Realnego i wyobrażeniowego, odpowiadałoby trzem planom, na których da się odczytywać „Holy Motors”. W porządku symbolicznym pojawia się piękno ideału – wystylizowane i niewzruszone (modelka na cmentarzu). W momencie, gdy widza zaskakują wydarzenia zupełnie niezrozumiałe, pojawia się porządek Realnego (karzeł). Nie da się go owinąć sensem ani okiełznać. Jest jeszcze porządek wyobrażeniowy, który powinien proponować odbiorcy spójną wizję całości (tej raczej brak). W przypadku „Holy Motors” porządek wyobrażeniowy zdominowany został przez symboliczne i Realne. Nie wiadomo do końca, co się dzieje, jak to uspójnić, jak o tym opowiedzieć w kilku zdaniach. Tego, co jest zwykle motorem filmu – wydarzeń i bohaterów – nie da się określić. Postaci nie mają rysu psychologicznego (a przynajmniej nie wydaje się, by mogły mieć, skoro ulegają rozbiciu na wiele figur). No a wydarzenia? Skąd mamy wiedzieć, co się dzieje naprawdę, skoro ktoś nagle odgryza komuś palce, ni z tego ni z owego pojawia się symulacja komputerowa, a bohater wyrusza na misję, by zabić sam siebie, a kiedy zabija tego drugiego siebie, okazuje się, że jednak i tak nie umarł? Porządek wyobrażeniowy nie działa.

W porządku symbolicznym (według Lacana, kierują nim reguły, zasady, konwencje i schematy) produkowane jest piękno. Tutaj odbywa się całe malarskie pozowanie (epizod z karłem ustawiającym Evę Mendes), które każe wpisywać „Holy Motors” w nurt filmowego neobaroku. Wielki symbol – świadomie wyeksploatowany u Caraksa – to symbol życia jako spektaklu, w którym gramy określone role. Na styku symbolicznego i Realnego, tam, gdzie język przestaje działać, dochodzi do starcia między symbolem a niewyrażalnym, między pięknem a brzydotą. To właśnie ukazuje scena z karłem i modelką.

Naprężony członek karła to obiekt częściowy, organ bez ciała. Poprzez niego przejawia się Realne, które nie wpasowuje się w symbolikę piety. Rozerwaniu ulega sens zbudowany w porządku symbolicznym. I wtedy trzeba uruchamiać śmiech albo wyjść z kina, bo Realne jest nie do zniesienia (patrz: wściekłość). Kiedy widz przyzwyczaja się do jakiegoś określonego symbolicznego znaczenia sceny, nagle wybijany jest ze swojej pewności.


Najbardziej wyrazistym przykładem, którym posługuje się Slavoj Žižek, chcąc zobrazować ideę obiektu częściowego, jest zautonomizowana dłoń z „Podziemnego kręgu”: „W połowie »Podziemnego kręgu« Davida Finchera (1999) pojawia się niepokojąca scena (dorównująca najdziwniejszym pomysłom Lyncha) – rodzaj zapowiedzi zaskakującego odwrócenia, które otrzymujemy w finale filmu. Główny bohater szantażuje swojego szefa i próbuje go przekonać, że powinien mu płacić nawet wtedy, gdy nie pracuje. W pewnym momencie zaczyna okładać pięściami samego siebie i rzucać się po całym biurze”. W „Holy Motors” takim autonomicznymorganem bez ciała jest członek karła. Obiekt częściowy ukazuje ludzkie ciało jako kombinację autonomicznych organów, które mogą wymknąć się spod kontroli. Žižek robi w tym kontekście aluzję do filmów pornograficznych, w których ciało tak właśnie bywa przedstawiane: „tutaj usta i biust, tam anus, blisko niego otwór waginalny”. Scena z filmu Leosa Caraksa tym różni się od filmów pornograficznych, że nie chodzi w niej o samo ukazanie obiektu częściowego, ale raczej o to, co wdarcie się elementu z porządku Realnego robi z porządkiem symbolicznym oraz jak symboliczne obezwładnia Realne. Carax pokazuje to w jednej z najbardziej statycznych scen.

Opinie: „Wybacz stary, chyba ci się nie udało… ale zobaczyłem najśmieszniejszą erekcję świata” (gameplay.pl) pokazują w praktyce działanie wprawionego przez twórcę w ruch mechanizmu. Bo śmiechem oswajamy przebłyski Realnego, co oczywiście zostało zaprojektowane przez reżysera. To nie jedyny moment, kiedy podczas oglądania „Holy Motors” publiczność wybucha śmiechem albo to tu, to tam pojawiają się szmery i słychać, jak ktoś się wierci w fotelu. Ciągłe wytrącanie widza z przyjmowanych założeń to strategia konstytutywna dla tego filmu. Reakcja odbiorcy musi być nieprzychylna, jednakże nie jest to ten sam rodzaj irytacji, który często towarzyszy odbiorowi artystowskiego kina – od irytacji do ziewania. Widz jest prowokowany i wytrącany z równowagi, bo nie może nazwać tego, co widzi.

Przez pryzmat epizodu z modelką i karłem można interpretować całość – „Holy Motors” to perwersyjny romans piękna z brzydotą. Piękno (modelka), choć porwane i zaciągnięte do kanałów, pozostaje niewzruszone. Brzydota jest przez nie (czyli przez owo „symboliczne”) obezwładniana – karzeł wydaje się nie tyle odrażający, co wystylizowany na odrażającego! Po stronie piękna stoją: malarskość, ornamentacyjność, dobór muzyki czy – jak mówią niektórzy – przerost formy. Po stronie brzydoty jest treść – Lacanowskie Realne, to, czego nie da się zrozumieć, a co wywołuje konsternację i wściekłość.




LITERATURA:

„EKRANy” 2012, nr 6.

http://gameplay.pl/news.asp?ID=74199.

http://www.filmweb.pl/film/Holy+Motors-2012-637408/discussion/Pora%C5%BCka,2143739.

http://www.youtube.com/watch?v=5HJHyBZIqxw.
„Holy Motors”. Scenariusz i reżyseria: Leos Carax. Obsada: Denis Lavant, Édith Scob, Eva Mendes, Kylie Minogue, Leos Carax i in. Gatunek: dramat surrealistyczny. Produkcja: Francja / Niemcy 2012, 115 min.



ArtPapier 15 kwietnia 8 (224) / 2013
http://artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=175&artykul=3728&kat=3

piątek, 30 sierpnia 2013

Parada przed lustrem (E. White, Zapominanie Eleny)

e
d
m
u
n
d
White


Ciało stanowi tutaj materię do opracowania. Trzeba nie tylko nadać mu jakiś rys charakterystyczny, ale przede wszystkim odkryć, jakiego rysu spodziewają się po nim inni. Jedynie ich reakcje i opinie pozwalają na zbudowanie wyobrażenia o sobie. Dopóki nie uniosą brwi - nic nie jest pewne. Ale - czy to już jest przestrzeń polityki? Kiedy spacer po plaży przestaje być spacerem, a staje się manifestacją władzy?

Całość:

niedziela, 14 lipca 2013

„They know, they just don’t care”



Ilustracja: Michał Kozikowski


Przeżyliście kiedyś traumę podczas wizyty u fryzjera? Siedzicie na fotelu, a tu do lokalu wchodzi mamusia z czteroletnią córeczką. I ta córeczka siada na sofce, nóżka na nóżkę jak spikerka w telewizji i do fryzjerki mówi: „Fantastyczną ma pani fryzurę. Robiła pani ostatnio coś z włosami?”. Otwieracie szeroko oczy i przyglądacie się uważniej odbiciu dziecka w lustrze, żeby się upewnić, czy na pewno dziewczynka ma cztery lata. Zaczynają rozmowę o fryzurach, matka, córka i ich fryzjerka, a Wy macie ochotę wstać i pokazać pupę.

Zapraszam do przeczytania całości na:


sobota, 29 czerwca 2013

Czyżby prawda o "Kronosie"?





Dla każdego, kto choćby pobieżnie przyjrzy się spektaklowi jego recepcji, stanie się jasne, że Gombrowicz, owszem, funkcjonuje we współczesnej kulturze popularnej (gazetowej, szkolnej, ale też i uniwersyteckiej) w postaci ładnie skrojonych grepsów o pupie i gębie (…), nadal pozostaje nie czytany, nadal wiedzie żywot osobny, pokątny, marginesowy, nadal – jak pisał w Dzienniku o sobie i Schulzu – pęta się „po literaturze polskiej niby zakrętas, ozdoba, chimera, gryf”.



M.P. Markowski, Czarny nurt. Gombrowicz, świat, literatura

niedziela, 16 czerwca 2013

„Czy jesteś sexy joginką?” – psychotest




Na pierwszy rzut oka nie widać, że głównym tematem „Kochanie, zabiłam nasze koty” jest przemoc. Przemoc bycia bogatym, optymistycznie nastawionym do rzeczywistości, pozytywnie zakręconym, aktywnym seksualnie, tolerancyjnym. Masłowska prezentuje rzeczywistość, w której optymizm staje się nakazem, a uciekanie przez opresyjnością samo w sobie wytwarza sytuację opresji.

Główna bohaterka powieści – Farah – nie może się odnaleźć w nurcie rzeczywistości. Znajduje się zawsze obok spraw, obok rozmów, obok życia. Nie czuje bluesa, nie umie pływać w tej wodzie. Nie jest jak Magda z „Małych lisów” Justyny Bargielskiej, zwierzająca się: „Czułam się zdrowo, tak bardzo zdrowo, jakbym pływała w połyskującym akwenie i słusznie się kazałam podziwiać ludziom i zwierzętom”. Farah pływa tylko z syrenami i to we śnie. Z rzeczywistością nie może nawiązać bliższego kontaktu, a nawet kontakt zewnętrzny jest czymś, co napawa ją przestrachem i przed czym próbuje się bronić przy pomocy żelu antybakteryjnego.

Można by na marginesie zapytać, po co jej ten kontakt? Bohaterka Bargielskiej, ta, którą podziwiają ludzie i zwierzęta zaśpiewuje sobie: „Zero kontaktu z rzeczywistością, choć wydawało mi się, że mój kontakt z rzeczywistością jest obecnie intensywny i miłosny jak nigdy” („Małe lisy”).


Bohaterowie Masłowskiej, zamiast po Sartre’a, sięgają po kolejny numer „Yogalife” z najnowszym psychotestem, który należy wypełnić, oddając się rytualnemu optymizmowi. Hasła reklamowe, nagłówki z gazet i psychotesty napędzają machinę przymusowego entuzjazmu.

Retoryka w nich zawarta nie dopuszcza alternatywy. Na pytanie „Joga i ty, przyjaciółki czy zaciekłe rywalki?” można udzielić tylko jednej z sugerowanych odpowiedzi, a na pytanie „Czy jesteś sexy joginką?” nie ma innej dobrej odpowiedzi poza „tak”. Tym samym, wszyscy, którzy nie są w stanie opisać siebie za pomocą powyższych kategorii, zostają pozbawieni języka. A skoro rzeczywistość istnieje poprzez język, to w ostatecznym rozrachunku, kwestionuje się inną rzeczywistość od tej, która zaprogramowana została przez slogany reklamowe. Tak rozpędza się proces symulacji.

Bycie aseksualną niejoginką prowadzi do wykluczenia. Fah stara się więc za wszelką cenę nadążyć za systemem produkcji znaczeń, chce, by i jej jakieś znaczenie zostało przypisane – joginki, imprezowiczki, może nawet – artystki. Bez tego czuje się odrzucona:

„Bolało ją to, zwłaszcza, że w ostatnim »Yogalife«  był ogromny test o zdrowych aspektach kopulacji (...). I to właśnie ta niedbała, niezdolna do systematyczności Joanne czerpała z dobrodziejstw seksu wszystko to, do czego Farah dochodziła drobnymi syzyfowymi wysiłkami (...) »ta biedna mała już wariuje, powinna sobie wreszcie kogoś znaleźć... « , dosłownie słyszała to, jakby mówili przy niej, nie zdając sobie sprawy z jej obecności, i wyobrażała sobie, jak orientują się, że stoi w drzwiach (...).”

Przeciwieństwem zakompleksionej i zestresowanej Farah jest w powieści Joanne. Joe góruje nad Farah pod każdym względem. Przede wszystkim lepiej sobie radzi w relacjach z ludźmi – uprawia seks i chodzi do kina. Jest czystym symulakrem podobnie jak świat, w którym się porusza:

„Niczym się nie interesowała i było jej z tym dobrze, słuchała najbardziej obmierzłych, oklepanych piosenek i nuciła je fałszywie, strzygąc swoje klientki; nie umiała gotować i oglądała w telewizji wszystko jak leci, nie przebierając, czy to »Powiększenie«, czy dokument o godach antylop, czy program o życiu osób ćwiczących na orbitreku; w niepoważaniu miała tytułu, reżyserów, końce i początki filmów, przyjmując telewizję jako rwący strumień mary, w której ochoczo bez ładu i składu się pluskała.”

Joe potrafi symulować sens. Ochocze pluskanie się w tym rwącym strumieniu telewizji, sloganów reklamowych, small-talków to jedyne, co można zrobić, jedyne, czego rzeczywistość wymaga. Lepiej nie szukać sensu, bo wtedy można odkryć, że pod spodem nic nie ma, że wszystko to tylko pozór.

W stworzonym przez Masłowską świecie, wiedza to element niekonieczny, zbędny balast. Skoro rzeczywistość jako punkt odniesienia nie istnieje (bo zamiast niej pojawia się symulacja rzeczywistości), to zanika też różnica pomiędzy prawdą a fałszem. Wiedzę w razie potrzeby można dowolnie kreować i dostosowywać do swoich potrzeb, jak to pokazuje symulująca Polkę Gosza:

„Polska to taki kraj w byłej Jugosławii. (...) Jedliśmy prawie wyłącznie pierogi, borszcz, kiełbasę i te takie ich zgniłe ogórki. No i koplatki. Nie pytaj mnie, co to jest, ale to uwielbiałam ze stopionym masłem. (...) Wychodziłam na balkon i patrzyłam przez lornetkę na ten cały mur berliński.”

Jest to wiedza jednorazowego użytku i nie służy do tego, by zrobić wrażenie na rozmówcy. Dlatego koniecznie musi być powierzchowna, doraźnie spreparowana albo wręcz nieprawdziwa. Jest to – mówiąc językiem Baudrillarda – wiedza operacyjna. Joe niczym się nie interesuje, ale interesuje się wszystkim, uważa, że „kalcium” to witamina i nie ma problemu z tym, by jeść gyros, będąc wegetarianką. Jej brak doktrynerstwa wynika z braku poglądów w ogóle. Potrafi funkcjonować w systemie ukrytej przemocy.

Bohaterowie Masłowskiej zaspokajają potrzebę sensu tak, jak ostatni człowiek Nietzschego, spełniając się w uporczywym poszukiwaniu „niewielkiej dawki trucizny”. Tę dawkę zapewnia im dzielnica Bohemian.

Bohemian to dzielnica artystów i wykolejeńców, którzy mają jednak na tyle rozumu, by dbać o styl. Artyści ci nie są właściwie zbuntowani wobec rzeczywistości, raczej z nią flirtują, zadawalając się samym procesem symulacji. Ich artystyczne działania są wystylizowane i obliczone na efekt. Sztuka ta nie przeciwstawia się procesowi symulacji, przeciwnie – sama w nim uczestniczy. Nie ma nic do zaoferowania, prócz obracania zużytych znaków. Pytanie o to, czy w podobny sposób nie działa autorka powieści, pozostawiam na boku.

Cytat z powieści brzmi jak wskazówka dla czytelnika: „ (…) jak chcesz obcować z jego niepowtarzalnymi dziełami, nie marnuj czasu i kasy na metro. Weź parę brudnych patyczków do uszu i namaluj kutasa ołówkiem z Ikei”.

Tyle o najnowszej powieści Doroty Masłowskiej. Na koniec obiecany psychotest. O odpowiedź proszone są w szczególności osoby, które nie czytały „Kochanie, zabiłam nasze koty”.

Czy najnowszą książkę Masłowskiej uważasz za:

a)    w końcu coś normalnego
b)   słabo jak na nią
c)    „Nie pytaj mnie, co to jest, ale to uwielbiałam ze stopionym masłem”.


piątek, 14 czerwca 2013

Thomas Bernhard o zakupach





Jak wiadomo, w tak zwanych elegantszych sklepach ekspedientom niezwykle trudno jest w krótkim czasie zrozumieć klienta, nawet kiedy ten już na wstępie bardzo precyzyjnie określi, czego sobie życzy, i tak będą się w niego wpatrywać z niedowierzaniem, aż jeszcze raz powtórzy.
Thomas Bernhard, Moje nagrody"